Pod batutą Mocy

Materiał informacyjny
Zbliżająca się wielkimi krokami październikowa trasa „Star Wars in Concert” będzie znacznie większym przeżyciem niż zwykłe kinowe projekcje czy koncerty z muzyką filmową. To unikatowa kombinacja obu wydarzeń, stworzona przez Disneya – pokaz pierwszego i najsłynniejszego epizodu sagi „Gwiezdnych wojen” – „Nowej nadziei” z muzyką graną przez wielką orkiestrę na żywo. To jedyna szansa usłyszenia w Polsce w ten sposób najbardziej niezapomnianych utworów w historii kina, stanowiących ikonę amerykańskiej kultury.

Trudno znaleźć na świecie osobę, która nie słyszałaby o „Gwiezdnych wojnach” - wspaniałym kosmicznym dziecku George'a Lucasa. Amerykańskiemu reżyserowi i scenarzyście udało się stworzyć fantastyczny świat, który dla milionów widzów stał się czymś więcej niż tylko zwykłym filmem. Świat w pewien sposób rzeczywisty. „Gwiezdne wojny” niemal natychmiast po premierze stały się popkulturowym fenomenem, którym pozostają do dziś. Świadczy o tym nie tylko sukces filmów, seriali animowanych czy sprzedaż książek, gadżetów, gier i zabawek, ale także bezwarunkowa miłość i oddanie kilku już pokoleń fanów na wszystkich kontynentach. „Gwiezdne wojny” to coś więcej niż filmy, to styl bycia, a często nawet życia.

Nie można jednak zapomnieć, że kosmiczna saga nie byłaby nawet w połowie takim sukcesem, gdyby nie ogrom pracy i talentu jeszcze jednej osoby - kompozytora Johna Williamsa.

Teraz, przeszło 40 lat po premierze filmu, możemy cieszyć nasze uszy (i oczy!) tą muzyką w sposób, o jakim wcześniej mogliśmy tylko marzyć – na koncertach z serii „Star Wars in Concert”, organizowanych na całym świecie przez Disneya, właściciela praw do marki „Gwiezdnych wojen”. Najkrócej mówiąc, polegają one na tym, że widzowie oglądają na wielkim ekranie film, a w tym samym czasie muzykę wykonuje orkiestra. W przypadku czterech polskich koncertów – Kraków Tauron Arena (9.10), Wrocław Hala Stulecia (10.10), Gdańsk/Sopot Ergo Arena (12.10) i Warszawa Torwar (13.10) - będzie to renomowana Praska Orkiestra Symfoniczna pod batutą Christophera Eliota. Muzyka z „Nowej nadziei” zabrzmi w ten sposób w Polsce po raz pierwszy.

Każdy, kto choć raz widział „Gwiezdne wojny”, zna rozpoczynające je słowa: „Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…” Po chwili, na tle kosmosu zaczynają płyną w górę napisy, którym towarzyszy charakterystyczna orkiestrowa muzyka – wzniosła, pompatyczna, nieco marszowa, z melodią kojarzącą się ze starymi westernami. Muzyka Johna Williamsa, jedna z najważniejszych w dziejach X Muzy – a zdaniem Amerykańskiego Instytutu Filmowego najbardziej niezapomniana w całym amerykańskim kinie, czyli de facto na świecie. Tak Instytut stwierdził w 2005 roku i zdania nie zmienił do dziś.

Trudno w ogóle wyobrazić sobie „Gwiezdne wojny” bez ich orkiestrowej oprawy, nawiązującej do najlepszych tradycji tak zwanego Złotego Wieku Hollywood. Muzyka, jaką John Williams stworzył, odniosła wielki sukces, podobnie jak i sam film, który krytycy spisali początkowo na straty. W ciągu pierwszego roku sprzedano ponad 4 miliony egzemplarzy płyty, co było, jak na soundtrack, liczbą bezprecedensową. Do dziś jest najlepiej sprzedającą w historii się ścieżką dźwiękową z muzyką wyłącznie ilustracyjną – rozeszła się w nakładzie ponad 6 milionów egzemplarzy (owszem, mniejszym niż „Titanic” Jamesa Hornera, ale tam motorem napędowym była piosenka śpiewana przez Céline Dion). John Williams otrzymał za tę muzykę trzeciego z pięciu swoich Oscarów plus mnóstwo innych nagród – Złoty Glob, Grammy, BAFTA. Co więcej, jako kompozytor i artysta zapewnił sobie nieśmiertelność.

Najbardziej z niej znane są oczywiście heroiczne nuty otwierające każdą z części „Gwiezdnych wojen”, czyli słynne „Main Title”. Podobno słyszało je łącznie więcej ludzi niż słynny czteronutowy „motyw losu” z „V Symfonii” Ludwiga Van Beethovena, należącej do najsłynniejszych i najczęściej wykonywanych utworów muzyki klasycznej

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dzięki „Gwiezdnym wojnom” Williams przywrócił muzyce filmowej zatracony w latach 60. romantyzm i zrobił więcej dla jej spopularyzowania niż ktokolwiek przed nim. Co więcej, dzięki niej producenci znowu zaczęli zatrudniać w filmach prawdziwych kompozytorów i przestali żałować pieniędzy na wynajęcie do sesji nagraniowych orkiestr symfonicznych.

Warto pamiętać, że w latach 60. i pierwszej połowie 70. Wydawało się, że czasy świetności tradycyjnej muzyki filmowej należą do przeszłości. W filmach dominowały często proste melodie - popowe, bigbandowe, quasijazzowe. „Gwiezdne Wojny” dokonały więc pewnej kontrrewolucji, a Wiliamsowi udało się przywrócić orkiestrze symfonicznej należne w kinie miejsce . – To , co zrobił John, przeszło moje najśmielsze marzenia – chylił czoło Lucas. To właśnie w „Nowej nadziei” usłyszeliśmy po raz pierwszy przepiękną romantyczną melodię „Princess Leia's Theme”, groźne brzmiący „Imperial Attack” podniosły finałowy marsz „The Throne Room”. Williams pozwolił sobie też na stylowy muzyczny żart, komponując nawiązującą do współczesnych trendów żywiołową swingową kompozycje „The Cantina Band”, a także jej mniej znaną, ale równie udaną drugą część.

Po „Gwiezdnych wojnach” nic już nie było takie samo, a sklepy płytowe zaczęły nawiedzać legiony nowych fanów, szukających podobnych muzycznych wrażeń. Nikt w historii nie zrobił więcej dla popularności ścieżek dźwiękowych niż John Williams.

Koncerty z muzyką wykonywaną na żywo w czasie projekcji filmu - takie jakie odbędą się w październiku w Polsce w ramach trasy „Star Wars in Concert” - to coraz popularniejsza metoda promocji twórczości kompozytorów kina, jak i samych filmów, a jednocześnie coś zupełnie nowego i wyjątkowo atrakcyjnego, także z punktu widzenia zwykłego widza, który na co dzień nie interesuje się aż tak bardzo muzyką filmową. Takie pokazy/koncerty pozwalają odkryć bogactwo muzyki filmowej, pokazują jej wspaniałość. Mogliśmy tego doświadczyć zarówno na wielu edycjach Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie („Władca pierścieni”, „Piraci z Karaibów”, „Star Trek”, „Titanic”), jak i podczas osobnych tras, które z powodzeniem objeżdżają kulę ziemską, przyciągając tysiące spragnionych tej formy kontaktu ze sztuką ludzi („Ojciec chrzestny”, „Harry Potter”).

Co ciekawe, pierwszym, który w ten sposób zaprezentował swoją muzykę, był właśnie John Williams – zrobił w 2002 roku w Los Angeles, podczas premiery specjalnej wersji „E.T.”, powstałej na dwudziestolecie filmu.

John Williams, Amerykanin urodzony 8 lutego 1932 roku w Nowym Jorku, nieprzypadkowo uznawany jest za jednego z najwybitniejszych kompozytorów w historii muzyki filmowej. To człowiek instytucja - jeden z najpopularniejszych i najbardziej cenionych twórców muzyki filmowej, dyrygent i pianista. Dla zdecydowanej większości kolegów z branży jest niedoścignionym wzorem. Jego partytury filmowe charakteryzują się niezwykłą chwytliwością, wszechstronnością i znakomitymi melodiami i orkiestracjami. 86-letni dziś kompozytor wymieniany jest jednym tchem z takimi ikonami amerykańskiej muzyki XX wieku jak Leonard Bernstein, George Gershwin i Aaron Copland.

Kilka liczb: Williams zdobył do tej pory 5 Oscarów (nominowany był do tej nagrody aż 51 razy, co czyni go najczęściej nominowaną żyjącą osobą i drugą w historii, po Walcie Disneyu), ma też na koncie aż 24 nagrody Grammy (na 68 nominacji), 4 Złote Globy (25 nominacji) czy 7 nagród BAFTA. Napisał muzykę do ponad 100 filmów, w tym prawie wszystkich wyreżyserowanych przez Stevena Spielberga. Jest gruntownie wykształcony (absolwent UCLA i Julliard School), ma ogromne doświadczenie jazzowe, które zdobył jako pianista w klubach, pisze także muzykę niefilmową – jest autorem hymnów czterech Igrzysk Olimpijskich (Los Angeles, Seul, Atlanta i Salt Like City), dwóch symfonii, kilkunastu koncertów na orkiestrę i różne instrumenty, oraz kilkudziesięciu kompozycji związanych z różnymi donośnymi wydarzeniami. Sam jest wybitnym dyrygentem, w latach 1980-1993 kierował prestiżową Boston Pops Orchestra, do dziś pozostaje jej dyrygentem honorowym.

Williams kontynuuje swoją przygodę z „Gwiezdnymi wojnami” do dziś – napisał wspaniałą muzykę do kolejnych dwóch części „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi”, oprawił tak że tak zwaną trylogię prequeli („Mroczne widmo”, „Atak klonów”, „Zemsta Sithów”), a niedawno zachwycił świat partyturami z „Przebudzenia Mocy i „Ostatniego Jedi”. Co więcej na napisał główny temat do filmu „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”. – Kiedy George Lucas zaprosił mnie do współpracy przy pierwszym filmie, nie miałem pojęcia, że powstaną kolejne – dziwił się po latach kompozytor. – To był dla mnie po prostu kolejny projekt.

Na początku przyszłego roku John Williams przystąpi do pracy nad ostatnią częścią trzeciej trylogii, „Epizodem IX” w reżyserii J.J. Abramsa, mającym też zakończyć całą sagę Skywalkerów. Jak się zarzeka, także dla niego będzie to pożegnanie z gwiezdną sagą. Nam nie pozostaje nic innego jak cieszyć się, że jest to pożegnanie wyjątkowo długie. Moc jest cały czas z nami i z pewnością nie opuści nas w październiku w Krakowie, w Gdańsku, we Wrocławiu i w Warszawie.

Więcej na temat:

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3